Wracam do historii samochodowych opowiadań.
Carmen miała 38 lat, z wykształcenia pani pedagog. Jej mąż, bankowiec, dawno zapomniał o tym jak okazywać jej uczucia, co więcej po drodze do wymarzonego stanowiska złamał swój kręgosłup moralny i zdradzając żonę z młodszą sekretarka nie towarzyszyła mu żadna skrucha.
Tak więc nie łączyła ich już miłość ani szacunek, tylko wspólny dom i dwójka zbuntowanych nastolatków, wysługująca się mamą do granic możliwości.
Po świętach Bożego Narodzenia, które Carmen spędziła w towarzystwie niezainteresowanego przygotowaniami męża, niezadowolonych synów i teściowej, która uwielbiała wytykać jej błędy, nasza bohaterka miała ochotę zapaść w długi zimowy sen. W końcu sen to sposób na zażegnanie większości kryzysów, prawda?
Jednak coś około godziny 3 w nocy postanowiło ją wybudzić.
Jej mąż zapewne odwiedzał kochankę, a synowie nocowali u kolegi.
Wtedy też Carmen postanowiła wyjechać.
I tak jakby nigdy nic, wstała, spakowała pare rzeczy i wsiadła do samochody. Włączyła piosenkę, która przypominała jej dobre czasy i ruszyła się przed siebie.
źródło youtube
Po 8 godzinach jazdy czuła, że trafiła do celu. Zawitała w Maladze, w miejscu gdzie spędziła studenckie lata. Zapach czosnku i przypraw przeplatał się ze słodkim turrón z Sabor a Espana. Akurat w tym miejsce połączenie taki zapachów nie przeszkadzało. Ulice nadal pachniały i brzmiały tak samo. Malaga miała w sobie tą swobodę, która przez lata towarzyszyła Carmen. Chciała ją poczuć na nowo.
Następne dni minęły, jak dobry sen, zbyt szybko. W ostatni dzień roku odwiedziła ogród botaniczny, po którym kiedyś spacerowała w każdą niedzielę. Ten czas skłaniał ją do głębszych przemyśleń niż wszystkie niedzielne msze razem wzięte.
Gdy pogrążyła się w swojej medytacji, przed jej oczyma ukazało się coś zaskakującego i równie nieprawdopodobnego.
Zobaczyła samą siebie, tą wersję siebie sprzed lat. Stała przy lawendzie i podziwiała jej zapach.
Jak to bywa w książkach, ciąg dalszy tej historii nastąpi..
Bea.

